| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorach
Zakładki:
* Czas leci
Ważne notki:
Filmy Maksa:
Maks rośnie:
Mama poleca:
Odwiedzamy:
Trudny temat - cholestaza ciążowa:

MAMY



Witamy wszystkich z rodziny, bliskich i dalszych znajomych i pozostałych gości!
Niniejsza strona internetowa stanowi pamiątkę dla Maksa i jego najbliższej rodziny. Blog dotyczy Maksa, a nie przygód rodziców, zatem będziemy ograniczać "wkręty" z naszych spraw, jeśli one nie mają związku z Maksem. Chociaż teraz wszystko ma mniejszy lub większy związek z tym maleństwem.
Znaleźć można tu zdjęcia i filmy Maksa i nas (jego rodziców). Szanujemy prywatność naszych bliskich, w związku z tym nie zamieszczamy tu zdjęć pozostałych członków rodziny, nawet gdy o nich piszemy (chrzest Maksa, czyjeś urodziny). Kochani, jeśli chcielibyście wywołać jakieś zdjęcie, to dostarczymy Wam je w lepszej jakości niż te, które są na tej stronie.
Jeśli nie jesteś członkiem rodziny, a chcesz powiesić kopię jakiegoś zdjęcia z tej strony na lodówce lub planujesz zasłonić nią dziurę w ścianie - w porządku, ale byłoby fair, a nam bardzo miło, gdybyśmy o tym wiedzieli (!). Jeśli uważasz, że zdjęcie nadaje się do powielenia w formie kalendarza czy opakowania do pieluch i chcesz coś takiego zrobić to pamiętaj o prawach autorskich i koniecznie o wcześniejszej rozmowie z nami.

Serdecznie pozdrawiamy wszystkich czytających.
Zapraszamy do zamieszczania komentarzy przy notkach!


Nasze statystyki:
Analiza oglądalności witryny


Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody.
Hmmm mała historia o dwóch naszych szczęściach Pierwsze zwane MAKSYMILIANEM, który teraz jest małym mężczyzną, bo ma już blisko 5 lat ur. się w środę 6 czerwca 2007 r. i drugie zwane KAJKĄ, która urodziła się we wtorek 14 lutego 2012 r.
Kategorie: Wszystkie | ! | - Ciąża i poród - | - SŁOWNIK - | Maks mówi
RSS
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Kreatywność 5-latka :)

Kreatywność Maksa czasami nie zna granic - tym razem w grę wchodzi strój ... Maks założył na siebie swoje ulubione rzeczy, m.in. bluza niebieska, chusta piracka, kapelusz, chusta (flaga) brazylijska, szalik (dzisiaj miał nosić szalik, ale na szyi z powodu potwornego kaszlu), w plecaku piesek, skarbonka z całym dobytkiem, 0,5 l. wody i kanapka. Nie mogło zabraknąć też medalu za aktywny udział w rozgrywkach sportowych podczas jednej z imprez w Puszczykowie. Jak Maks stwierdził cyt. "trzeba być przygotowanym na wyjście w trasę". Później się rozsiadł w pokoju i zjadł swój prowiant.

kreatywny Makskreatywny Maks

Po jakimś czasie stwierdził, że trochę mu ciepło i się spocił - a podczas trasy przydaje się gra na instrumencie.Założył na siebie swój własnoręcznie zrobiony bęben (ze zdobycznego wiaderka z jednego z marketów budowlanych).

Maks i bęben

23:04, vipunia
Link Komentarze (2) »
Dumna matka ;)

Kaja ma już blisko 7 tygodni - poniżej zdjęcie z 21 marca podczas kąpieli:

Kaja w kąpieli ;)

 

A tu dwa zdjęcia z leżakowania 1 kwietnia - bystra mała Kaja zadowolona i uśmiechnięta ogląda swoje zabawki ;)

 

Kaja - 7 tygodni Kaja - 7 tygodni

22:30, vipunia
Link Komentarze (1) »
Sezon lodowy uznajemy za otwarty

Maks otwierał sezon lodowy w połowie marca w naszej ulubionej lodziarni w Puszczykowie... Maks otwiera sezon lodowy

Lody były naprawdę dobre :)

Dobre lody

22:05, vipunia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 marca 2012
Drugie szczęście

Na świecie jest już nasze drugie szczęście. Nasza córeczka i siostrzyczka Maksa o imieniu Kaja przyszła na świat 14 lutego br. zatem już jutro będzie miała 4 tygodnie. W miarę możliwości zamieścimy tu jakieś fotki :)

18:53, vipunia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 stycznia 2012
alarm...

Wczoraj to był ten wieczór kiedy widziałam siebie "z góry" - w sumie to już nie pierwszy raz w życiu. Ciąża nie przebiega ciekawie, konkretnie więcej problemów ze mną aniżeli z maleństwem. Wyniki badań z poprzedniego pobytu w szpitalu mocno nas wystraszyły, a wczorajszy dzień był jakby kolejnym ostrzeżeniem, że życie krótkie jest... Jakby ktoś odłączył mi wtyczkę z zasilaniem.
Pogotowie do ciężarnej w 9-tym miesiącu NIE PRZYJECHAŁO - telefonicznie skierowali mnie na SOR, ale SOR w Puszczykowie odmówiło przyjęcia, bo wg nich musi się mną zająć szpital specjalistyczny. Oni kobiet w ciąży nie przyjmą, NIKT nie podszedł do mnie i nie sprawdził czy w ogóle kontaktuję, a dodam że oprócz mnie była tylko jedna pacjentka (sprawa na mediów normalnie TVN24.pl, Gazeta.pl Poznan). Nawet nie sprawdzili czy mam jakiegoś rotawirusa, sepsę, z czego wynikają zasłabnięcia i inne sprawy, których szczegóły sobie podaruję. Zasugerowali Polną (jasne, żeby potencjalnie zarazić wszystkie niemowlaki), oni mnie nie zawiozą, muszą zamówić transport z Poznania. Mieliśmy kompletnie dosyć - tzn. ja tam w sumie nie wiele pamiętam, powiedziałam tylko że najwyżej po drodze zadzwonimy na 999 jak będzie trzeba. Chociaż dobrze wiedziałam, że pomocy potrzebuję TERAZ, a za pół godziny to nie wiem czy dotrwam :(
Ponieważ leczyli mnie na Lutyckiej, to pojechaliśmy tam - problem tylko polegał na tym, że ten szpital specjalistyczny nie ma kontraktu na SOR, a przyjechałam z problemem NIECIĄŻOWYM. Jednym słowem "cyrk". Tu jednak nie odmówili pomocy - pomimo braku SOR (!). Przebadali mnie kompleksowo, dodatkowo też w kierunku ciąży (tu wszystko OK!).
W każdym razie po wielu badaniach, kroplówkach, trochę mnie naprawili i przed 6 rano byliśmy w domu................ jestem potwornie osłabiona, ale przynajmniej powoli dochodzę do siebie (mąż też).

12:17, vipunia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 stycznia 2012
Pozytywnie, ale pełni obaw

Czy to, że kupiliśmy nowy fotelik samochodowy (szaro-czerwony), materac do łóżeczka po starszym bracie, gąbkę do leżenia w wanience... to jakiś efekt pozytywnego myślenia, dystansu czy nadmierny optymizm? Obojętnie.

Fotelik wybierali chłopaki, a zaangażowanie Maksa przy wyborze fotelika - BEZCENNE. Sprawdził chyba wszystkie i obejrzał każdy wózek, sprawdzał resory i kolory, wszystko komentował np. ten ma okienko dla dzidziusia, a ten ma torbę na zakupy, a ten ma to, a ten tamto. Mamy wózek całkiem sprawny jeszcze po 'starszaku', ale warto było zobaczyć jak Maks biega po wielkim sklepie :) Mama sobie siedziała spokojnie w kąciku i obserwowała :)

Mam nadzieję, że damy radę... i mała da radę i mama jakoś da radę... i nasze dzielne chłopaki dadzą radę ;)

Jesteśmy już mocno zmęczeni, momentami wykończeni psychicznie i fizycznie. Niestety najtrudniejsze jeszcze przed nami. Chcielibyśmy już mieć to za sobą, a z drugiej strony wiemy jak ważny jest każdy kolejny tydzień - te 2-3 tygodnie jeszcze chociaż...

Momentami jakby to było jakieś de javu, bo myśli podobne, ale scenariusz zupełnie inny. Los sprawia, że kolejny raz z pokorą musimy podejść do tego co nas czeka i znowu poddaje nas jakiejś trudnej próbie radzenia sobie razem. Pozytywne jest to, że tym razem nie ma szybkiego bezpośredniego zagrożenia dla życia maleństwa jak to było w poprzedniej ciąży, jest/było zagrożenie dla zdrowia małej, ale na to nie mamy już żadnego wpływu. To pozwala czasami nie myśleć o tym co jest, co może być, co będzie i jak będzie. Jednak przechodzenie drugi raz podobnych emocji i stresu nie jest wcale łatwiejsze, bo teraz na świecie jest ten starszy brat, który opiekuje się siostrą od ładnych kilku miesięcy...

Nie... nie mówcie, że BĘDZIE dobrze... nie mówcie, że NA PEWNO damy radę, bo nie o to chodzi, aby udawać, że nie wiemy co nas czeka! Każdy ma swój sposób na radzenie sobie ze stresem. Mi to akurat zdecydowanie nie pomaga, a działa wręcz przeciwnie, bo naiwna nie jestem - nikt z Was się jeszcze nie pochwalił, że ma układ z Panem Bogiem, może wpłynąć na zmianę losu albo zna przyszłość, bo gdyby tak było to chyba byście nam zaoszczędzili "przyjemności", więc bez ściemy mi tu, że będzie dobrze! Co ma być to będzie i MAM NADZIEJĘ, że będzie dobrze, ale nikt z Was nie wie tego NA PEWNO. Ludzie trudniejsze momenty umieli przetrwać zarówno w ciąży jak i po porodzie... i my też razem i osobno jakoś próbujemy sobie na swój sposób z tym poradzić. W tym... cudownym, pięknym i wspaniałym okresie życia rodziców jakim jest ciąża i beztroskie oczekiwanie na maleństwo (grrrr to nie o nas!). Mam nadzieję, że Wasze maluchy rodziły i będą się rodzić z uwzględnieniem właśnie tego cudownego, pięknego i wspaniałego czasu, bo każda ciąża jest inna :)

... a teraz tak po prostu najważniejsze, że jesteście z nami - nic nie musicie mówić i robić... no może trzymajcie kciuki, odprawiajcie modlitwy, medytacje, tańce, itp. - wszystko mile widziane, a już zwłaszcza jeśli może mieć wpływ na los OD TERAZ :) Dzięki.

00:49, vipunia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 grudnia 2011
po Świętach chorować nie można, bo lekarze rodzinni mają urlopy

Jakby komuś się zachciało iść do przychodni z chorym dzieckiem po Świętach, to generalnie NIE polecam, bo przecież mają urlopy (!).
Co na to NFZ? Zadzwoniłam do NFZ w Wielkopolsce, gdyż placówka, do której mamy zapisane dziecko mieści się w Puszczykowie k. Poznania.

NFZ mówi: "niemożliwe, bo trzeba zapewnić zastępstwo, bo to złamanie zapisów w kontrakcie... ale wiemy, że teraz w okresie międzyświątecznym będzie dużo skarg". Mało tego NFZ rozkłada ręce i mówi, że teraz kontrole i tak muszą zapowiadać, więc jedyne na czym mogą polegać to na zgłoszeniach od niezadowolonych pacjentów.

Nasza cierpliwość po kilku takich sytuacjach w roku delikatnie mówiąc jest mocno nadwyrężona... aż chce się powiedzieć "Szczęśliwego Nowego Roku!".

Jako rodzice mamy 3 wyjścia:

  1. zmienić lekarza (dzisiaj jeszcze!),
  2. udać się z młodym na pogotowie po 18:00 (na pewno będą tłumy, biorę zastrzyki i wiem, że kolejka będzie teraz bardzo długa i to jeszcze o godzinie, kiedy dziecko będzie najbardziej słabe). Dodam, że pogotowie jest oddalone od nas spory kawałek (Luboń, które prowadzi usługi dla 3 gmin, tj. Mosiny, Puszczykowa i Lubonia).
  3. udać się na oddział ratunkowy lub zadzwonić po karetkę - do kaszlu i kataru dziecka (!), odciągając ich od ratowania komuś życia i obciążyć ewentualnymi kosztami i odpowiedzialnością moją placówkę.


Mogę zawsze napisać skargę do NFZ i zawiadomić media, ale to mi chyba problemu w tej chwili nie rozwiąże.

Po moim wpisie na Facebooku widzę, że to powszechna sytuacja, zwłaszcza w małych placówkach - urlop, choroba lekarza = brak zapewnienia zastępstwa, a pacjenci odsyłani na pogotowie (po 18-tej).

11:35, vipunia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 grudnia 2011
Świąteczne klimaty

Maks w piątek upiekł z babcią sernik, który przywiózł do domu. Zajadamy się nim do dzisiaj i pewnie jeszcze trochę na jutro starczy. Mieliśmy ambitny plan odespania w sobotni wigilijny dzień ostatnich wrażeń szpitalnych i nie tylko. Niestety. Maks zbudził nas w środku nocy potwornym kaszlem i nie dało się tego uregulować. Syropy, chrypa, kaszel... już myśleliśmy, że nici z imprezy rodzinnej. Byliśmy na pogotowiu tego dnia, bo matka miała do przyjęcia wątpliwą przyjemność zastrzyk, więc chcieliśmy od razu przebadać młodego, ale kolejka do lekarza była na 1,5-2h, więc nie było co ryzykować. Lepiej ten czas spędzić u dziadków.

Wigilia spędzona z dziadkami i wujostwem ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Plusy ujemne to takie, że zamieszanie jest duże, a dla matki w zagrożonej ciąży i ledwo ruszającej się to trochę karkołomne przedsięwzięcie. Po przejściach ciążowych człowiek ma naprawdę do wielu spraw dystans (czasami trudno zrozumiały dla innych), np. czy na stole będzie karp czy nie, czy coś się ugotowało jak trzeba czy też nie - ma to wszystko naprawdę drugorzędne znaczenie, yyy no może poza wodą - wolałam mieć pod ręką. Okazało się, że do sałatki z mozarellą i oliwkami, na którą to miałam ochotę, do babci dostarczyliśmy sałaty, rucolę, łuskany słonecznik, a podstawowe składniki czyli mozarella, oliwki i pomidory zostały w domu, ot tak... jakoś :)

Nawet moje podejście do tradycji wielkopolskiej w kwestii prezentów się zdystansowało, bo prezenty były pod choinką już przed Wigilią, a w domu z nocy 24 na 25 grudnia (rano).

Miałam totalny dystans do tego, o której będziemy jedli. Pierwszej gwiazdki i tak nie można było się dopatrzyć z powodu mgły, więc można było zacząć o bliżej nieistotnej godzinie. Problem tylko sprawiał żołądek (maleństwo w drodze?), no i Maksa cierpliwość była też poddana próbie, gdyż z częstotliwością co dwóch minut zadawał pytania: kiedy będzie można jeść? Czy już możemy dzielić się opłatkiem?

Wraz z pojawianiem się potraw na stole Maks zaczął je podliczać: 1, 2 , 3…. 9, 10, 11, 12, 13,…. 18, 19, 20… jak doszedł do dwudziestu nie licząc jeszcze różnych ciast i owoców to był wyraźny sygnał dla barszczu i ziemniaków: KONIEC PRZYGOTOWAŃ!!! Składanie życzeń, jedzonko i… chyba kluczowy moment dnia – zerkanie w okna czy zbliża się Gwiazdor (Św. Mikołaj). Maks, rozsądne dziecię, był jednak świadom tego, że w tym roku raczej nici z osobistego spotkania. Miał duży kaszel, a jakby się Gwiazdor zaraził to rozniósł by zarazki do wszystkich dzieci na świecie, a co to to nie… do takiej epidemii nie chcieliśmy doprowadzić. Zatem można było rozpakowywać prezenty bez wizyty. Tu są właśnie te plusy dodatnie większej imprezy rodzinnej. Otóż, więcej prezentów.

Maks przygotował wcześniej list do Gwiazdora, a dzielne elfy postarały się, aby z tej listy coś się znalazło pod choinką (choinkami), bo Maks stwierdził, że pod każdą pewnie coś będzie „bo to tak już jest”. Elfy dostarczyły pod choinkę w porozumieniu z Gwiazdorem tor samochodowy pt. „o, taki właśnie bardzo chciałem mieć” i dinozaury w wersji do układania i do zabawy w paleontologa. Do plusów dodatnich można też zaliczyć wspólną zabawę, graliśmy w eurobusiness – nasz mały szczęściarz jakoś wygrał.

Wieczór wigilijny teoretycznie powoli się kończył, ale matkę czekał jeszcze zastrzyk na pogotowiu, w którym byliśmy po 21… a że przygód tego dnia było mało, to jeszcze mieliśmy awarię samochodu i czekało nas holowanie do domu. Całe szczęście Maks pomimo ostrego kaszlu jakoś zasnął, a później go tato przetransportował wprost do łóżka. Rano (wcześnie!) Maks cały szczęśliwy znalazł kolejną dostawę prezentów tym razem pod choinką w domu, a wśród nich była komódka z kolorowymi szufladami (zgodnie z listem). Maks ma już dwie podobne i jak to stwierdził jest ich za mało do przechowywania legosów, instrukcji, itd. Prawo serii tj. prezenty pod choinką u jednych dziadków prezenty pod choinką w domu … aaaaa może coś jeszcze u drugich dziadków jest. Trzeba zadzwonić! Nie zwlekając wcześnie rano Maks dzwoni do dziadków z zapytaniem czy aby na pewno u nich pod choinką znalazły się jakieś prezenty. Ufff… są!

Niedziela upływa jakoś bez większych przygód – może poza jedną: matka leży jak sparaliżowana w łóżku i ruszyć się nie może, nawet jechać na zastrzyk (!). Teraz dopiero k. 18 coś się zaczęła ruszać.

Maks zdążył już z tatą odszukać w kostce gipsu (mniej więcej wielkości cegły) sztucznych kostek mini T-Rexa, zbudowali szkielet, obejrzał jakieś dinozaury w TV, zdecydował o likwidacji kilku pojazdów zbudowanych z legosów (to jest wyczyn!)…

Hmmm i czas pokaże jak nam minie końcówka roku... jestem osobiście tym rokiem już zmęczona. Dzielny tata i mąż, też jakoś na wypoczętego nie wygląda ;)

Zapraszamy do obejrzenia naszego elfowego występu - trzeba kliknąć na obrazek (strona długo się ładuje, więc prosimy o cierpliwość):


18:22, vipunia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2011
Maleństwo w drodze

Maleństwo w drodze to dziewczynka - ma już ok. 2 kg, wszystkie parametry w normie i można powiedzieć nawet bardziej "do przodu" aniżeli wynika to z terminu.

Mała czuje się dobrze, utrudniając czasami personelowi szpitala realizację standardowych badań. Potrafi przez 45 minut ruszać się bardzo intensywnie - tętno na KTG szalało od 110 do 234 (półmaraton?). Można powiedzieć, że ma dziewczę sporo energii (podczas snu regularnie ok. 140-150) i w ogóle nie zdaje sobie sprawy jak mama, tata i jej starszy brat starają się, aby dotrwała do terminu!

17:11, vipunia
Link Dodaj komentarz »
Nadrabiamy statystyki dziwnych przypadków w ciąży

Naszymi dwoma ciążami nadrabiamy krajowe statystyki dziwnych przypadków w ciąży...

  • 1 ciąża (Maks) - najpierw wszystko OK, później sporo leżenia, bo macica pracowała mocno i skurcze były (reżim łóżkowy, fenoterol + isoptin), później cholestaza - konsekwencje: do tej pory wykręcony jak cholera cholesterol, w tym LDL...
    Miałam się tym zająć w końcu, ale jakoś nie wyszło (czeka mnie leczenie), bo żadne diety przy moim "szczuplactwie" raczej nic nie dadzą.
    Stres i ryzyko sprawiło, że trudno zaliczyć ciąży do tzw. "najpiękniejszych dni" w życiu wyczekujących rodziców, delikatnie mówiąc... ochota na kolejne takie przeżycia nam zdecydowanie przeszła, do czasu "odpuszczenia" totalnie i przestawienia na myśli, a co ma być to będzie...

  • 2 ciąża (córeczka w drodze) - ciąża od początku z przygodami, były bakterie e-coli, zapalenie oskrzeli, leżę od sierpnia ze względu na skróconą szyjkę. Reżim łóżkowy sprawił, że nawet już mogłam trochę spacerować, ale nasz lekarz zwrócił uwagę, że pomimo brania witamin i żelaza wyniki morfologii są z badania na badanie gorsze (m.in. hematokryt, hemoglobina spada) -> szpital... liczne badania, konsultacje ... i stwierdzono pewien problem, z którym będzie trzeba sobie jakoś radzić, ale leczenie pozwoli, mam nadzieję, spokojnie urodzić bez żadnych powikłań.

Niemniej jednak tak od siebie mogę powiedzieć jedno - ciąża w jakiś sposób sprawiła, że wykryto coś... o czym pewnie nigdy bym nie pomyślała, bo kto z nas robi regularnie badania morfologii (?), poza tym nie mam cierpliwości do kolejek i przebywania w gabinetach lekarskich, chodzenia od poradni do poradni, od badania po badanie. Każde badania w jednej i drugiej ciąży (poza pobytami w szpitalu) do tej pory realizowaliśmy we własnym zakresie tj. odpłatnie/prywatnie. Widocznie ta ciąża była dana nie tylko ze względu na maleństwo, ale ze względu na moje zdrowie. Dziwnie to brzmi, ale patrząc na to pozytywnie - tak właśnie czuję, a co równie ważne ... dobrze jest trafić na dobrego lekarza, który nie podaruje gorszych wyników i jak coś mu nie daje spokoju, szuka przyczyn.

Pewnie i nasz lekarz ma niezadowolone pacjentki, bardzo możliwe, że ktoś nie był zadowolony... ale my i w jednej i drugiej ciąży spotkaliśmy się z fachowym podejściem, sprawną reakcją, a trzeba przyznać, że ... takie przypadki jak nasze należą do cholernie rzadkich. Cóż... można powiedzieć, że jesteśmy wyjątkowi...

Do porodu jeszcze z 6-8 tygodni potrzebujemy dużo kciuków i pozytywnych myśli ... :)

17:10, vipunia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 września 2011
Półmetek

Właśnie mija półmetek... już i dopiero. Przed nami jeszcze 4,5 miesiąca stresów, nerwów i pewnie leżakowania. Czuję się trochę lepiej, mogę czasem wstać i posiedzieć. Zatem jeśli nie jest nam dane, że będzie DUŻO lepiej to oby chociaż tak było do połowy lutego, a wtedy jest szansa że pojawi się na świecie kolejny mały człowiek.

Przy okazji dziękujemy za wszystkie kciuki i prosimy o więcej :)

Przyda się też wspomaganie nas w cierpliwości :)

Ciąża z Maksem te ponad 4 lata temu była chyba najbardziej ekstremalną dawką stresu, co widać na lekko srebrnej głowie mojego męża. Teraz dla zdrowia psychicznego próbujemy się jeszcze bardziej zdystansować aniżeli poprzednio. Nie jest przecież "różowo i fioletowo" jak w tych babskich gazetkach, więc nie popadamy w nadmierną radość :) ale przecież jak leżeć trzeba - to leżę!

09:23, vipunia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 września 2011
Reminiscencja

Przypominamy się po bardzo długim czasie. Prawda jest taka, że gdzieś straciliśmy wene, czas i ochote na aktualizację ale to normalne koleje rzeczy w życiu bloga. 



Sporo przez ten okres się działo, młody wyrósł na całkiem znośne dziecię, 2 rok chodzi do przedszkola wcześniej przerabiając klub malucha (bawialnia) przez prawie 1,5 roku, za rok planujemy zerówkę. Czas leci, zmieniają się rowery - tak tak, Max na 4 urodziny dostał prawdziwy rower na 2 kołach, który opanował w 3 dni, gdzieś tam po drodze zaliczył sesje do katalogu Cocodrillo. Nasz maluch oczywiście gada jak najęty - było na co czekać przez te prawie 3 lata. Tak sobie myślę, że może częściej  będziemy się tu pokazywać - ale o tym następnym razem. W każdym razie u nas wszystko ok - a u was kochani ? Dajcie znać :) 

13:39, akai_73
Link Komentarze (2) »
środa, 08 września 2010
Zagadka

Jak zaleje tory to pociąg jedzie czy płynie???

11:28, vipunia
Link Komentarze (5) »
sobota, 14 sierpnia 2010
nadmorskie dyskusje

Kilka dni spędziliśmy nad naszym morzem - dziwne, ale pierwszy raz woda sprawiała wrażenie czystej, ciepłej i piasek był naprawdę rewelacyjny. Tylko tradycyjnie z pogodą kiepsko, ale cóż - lipiec był piękny to czego się w sierpniu można spodziewać.

Rozmowa z mamą na plaży:

  • Maks (chwytając mamę za rękę i ciągnąc w kierunku morza): Mamo, chodź... weźmiemy konewkę i podlejemy ten piasek. Urosną roślinki.
  • Mama: Maks, ale przecież na plaży nic nie rośnie.
  • Maks: No właśnie! Nikt nie podlewa...

Dzień wcześniej:

  • Maks (wskazując na przelatującego ptaka robiącego wiele hałasu): Mamo, zobacz... jaki hałas robi ten mew.
  • Mama: Mewa kochanie
  • Maks: o nie... to nie była pani mewa to był "pan mew"
00:14, vipunia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 sierpnia 2010
projekty to takie dokumenty

Ehh pewnie to tak już jest, że dzieci orientują się świetnie w tym co robią ich rodzice.  W każdym razie z danego obszaru wiedzą trochę więcej aniżeli innego. Na pewno tak jest w przypadku Maksa, który uczestniczy pośrednio w wielu naszych działaniach tj. projektach. Jeździ na spotkania, szkolenia (jak zagwarantujemy opiekę na miejscu), pomaga w rozstawianiu roll'upów, tablic informacyjnych (to jego ulubione zajęcie), a ostatnio za projektor multimedialny się zabiera, pomaga nosić materiały np. segregatory lub chusty, które przekazujemy podczas zajęć dla mam. Spróbowałby człowiek nie dać czegoś do roboty, to wtedy "prezes" naprawdę bywa niezadowolony lub z rozżaloną miną "w podkówkę" powie "ehh nie pomyśleliście o mnie??". Ostatnio wykonuje też dokumentację fotograficzną - w końcu jest po "kursie fotograficznym" i tytuł fotografa już ma ;)

Niemniej jednak Maks dobrze wie nad czym pracuje mama i powie "mama robi projekty". Wyraz projekt towarzyszy mu cały czas (także zanim się pojawił na świecie), więc nic dziwnego, że wszędzie są projekty. Tylko on WIE, co to oznacza.

"Projekty to są takie dokumenty, które ma moja mama".

Ha! Ta definicja na pewno się mamie przyda przy realizacji kolejnych szkoleń z zakresu zarządzania projektami ;)

07:37, vipunia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24